Windykacja / inkasso czyli sztuka bezwzględności

Żyjemy w fascynujących czasach. W kieszeni nosimy urządzenia, które potrafią w trzy sekundy streścić teorię strun, przetłumaczyć starogrecki poemat albo wygenerować obraz kota grającego na harfie w kosmosie. Sztuczna inteligencja mruga do nas z ekranów, obiecując, że wiedza całego świata jest na wyciągnięcie ręki. Jesteśmy potężni, prawda? Otóż nie, jeśli mieszkasz w Norwegii i w Twojej skrzynce pocztowej wyląduje list z logo inkassoselskap. W tym momencie cała ta nowoczesna cywilizacja chowa się ze wstydu w kącie, a przeciętny człowiek kurczy się do rozmiarów mrówki, stając przed bezduszną ścianą paragrafów.

System norweskiej windykacji opiera się na jednej, genialnej w swojej prostocie strategii: na strachu i ludzkiej niewiedzy. Firmy windykacyjne doskonale wiedzą, że prawo jest jak labirynt – niby każdy może do niego wejść, ale bez mapy i kompasu szybko zginie. Większość z nas, widząc oficjalne pismo, wpada w panikę. Zamiast walczyć o swoje, czujemy, że z góry jesteśmy na przegranej pozycji. Co z tego, że prawo daje nam możliwość zgłoszenia sprzeciwu? W głowie natychymast uruchamia się czarny scenariusz: „Jak się postawię, to mnie zniszczą, doliczą kolejne opłaty i będzie jeszcze gorzej”. W ten sposób strach staje się najlepszym paliwem dla branży, która z windykacji zrobiła bezwzględną sztukę.

Najbardziej przerażające jest to, jak łatwo współczesny biznes pozbywa się ludzkiej twarzy. Wiele firm, zamiast porozmawiać z klientem, który spóźnił się z rachunkiem o kilka dni, bez mrugnięcia okiem klika przycisk „wyślij do inkasso”. Zero empatii, czysty automatyzm. W tym wszystkim najdziwniejsze i zarazem najbardziej bulwersujące wydaje się to, że firmy inkasso w biały dzień oszukują ludzi bez jakiegokolwiek poszanowania dla prawa. To po prostu przerażające, że instytucjom windykacyjnym, które powinny stać na straży finansowego porządku, nie można ufać, ponieważ same postępują niezgodnie z prawem i naciągają przepisy na własną korzyść. A tam, na końcu tego łańcucha, czeka już machina nastawiona na maksymalny zysk.

Dla najuboższych ten system działa jak gigantyczna wyciskarka do cytrusów. Zaczyna się niewinnie – od drobnej kwoty, zapomnianego rachunku za internet czy opłaty drogowej. Potem wkracza magia inkassosalær oraz odsetek, które rosną szybciej niż grzyby po deszczu. Zanim człowiek zdąży się obejrzeć, wpada w spiralę długów, z której wyjście graniczy z cudem. Zamiast pomagać w rozwiązaniu problemu, system generuje koszty, które ten problem potęgują. To nowoczesny feudalizm, w którym zamiast ziemi, narzędziem nacisku stał się strach przed utratą płynności finansowej. Może już czas, by w dobie powszechnego dostępu do wiedzy, ktoś wreszcie wyrównał te szanse i przypomniał firmom windykacyjnym, że po drugiej stronie pisma zawsze siedzi człowiek, a nie tylko kolejna cytryna do wyciśnięcia.